wtorek, 16 grudnia 2014

Powstanie: Rozdział 4.

- Dlaczego nie mogę znać odpowiedzi? - zapytałam się już któryś raz z kolei, a Dauma dalej nie odpowiedział. Był bardzo skupiony na jeździe samochodem. Chciał mnie pewnie odwiedź do domu.

- I tak nie wiesz gdzie mieszkam. - powiedziałam z ironią w głosie. Mężczyzna spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym "Jesteś pewna, że chcę cię odwieźć do domu?". O tym nie pomyślałam. Trochę się przestraszyłam. Co jeśli mnie gdzieś wywiezie i zgwałci? Wolę śmierć niż gwałt.

- Street Shooting 31/4. - odpowiedział Neagolijczyk po chwili namysłu. Moje obawy zniknęły, lecz po chwili patrzyłam na niego zdziwiona skąd zna adres. Mężczyzna zobaczył moją minę, a po chwili znów skupił się na jeździe.

- Legitymacja - powiedział. No tak. Zapomniałam, że były na niej wszystkie moje dane.

- Mogę znać odpowiedź? - zapytałam znowu. - Dlaczego zastrzelili tamtych ludzi?

- Będziesz płakać? - zapytał ni z tego, ni z owego. Spojrzałam na niego zdziwiona.

- Jestem pozbawiona uczuć. Nic mnie nie wzruszy, niczego się nie boję. Jestem silna i odważna. Dlaczego miałabym płakać?

Teraz mnie coś oświeciło. Jak mogę być pozbawiona uczuć? Może w małym stopniu tak, ale czy na pewno? Przed chwilą miałam obawy, że mnie zgwałci. A codziennie myślę o mamie i Sale. Czy to troska? Może po prostu śmierć jest u mnie na porządku dziennym i przyzwyczaiłam się do jej widoku.

- Gdy tylko rozpoczęła się wojna  Ralopp* powiedział, że będziecie karani za nieposłuszeństwo. Kłamał.

Musiałam przez chwilę pomyśleć, o co mu chodzi. Dopiero po chwili przypomniałam sobie zadane mu wcześniej pytanie. Czy teraz poznam odpowiedź?

- Jak to? Ludzie nie są karani? W takim razie dlaczego zabili tamtych ludzi?

- Nie, są karani. Ralopp powiedział, że chcemy powiększyć Neagol i usunąć z mapy Samarytanię. Dlatego wtargnęliśmy na wasz kraj. Każdego, kto by się sprzeciwił, mieliśmy rozkaz zabić. Tego, kto po 22.00 wyszedł z domu mieliśmy zabić. Nadali wam nowe imiona. Twoje prawdziwe imię to...

- Nie chcę znać mojego prawdziwego imienia - przerwałam. Dauma spojrzał na mnie zdziwiony, a później kontynuował.

- Od 16 roku życia macie obowiązek pracować. Jeśli nie będziecie chodzić do pracy albo nie spodoba nam się sposób, w jaki wykonujecie pracę mamy obowiązek odebrać wam legitymację i za każdy sprzeciw mamy was ukarać.

- Przecież wiem. Bardzo wiele ludzi się sprzeciwia. Dlaczego od razu nie wymordujecie wszystkich?

- Naprawdę jeszcze tego nie zauważyłaś? - mężczyzna roześmiał się.

- Czego?

- Ludzie boją się kary. - powiedział podniesionym głosem. -  Boją się śmierci! Coraz mniej osób się sprzeciwia! Te setki osób, które widzisz dziennie, gdy żołnierze zabierają ich do samochodów, by ich ukarać, są niewinni! Niczemu nie zawinili!

- Więc dlaczego ich zabierają? Dlaczego ich każą? - z ciekawości zaczęłam ogrywać paznokcie. Serce biło mi szybciej. Chciałam znać prawdę.

- Bo Ralopp boi się, że jeśli będzie was coraz więcej doprowadzicie do najgorszego. Doprowadzicie do powstania. - mówiąc to ściszył ton głosu - A to nas wykończy. Coraz więcej żołnierzy ginie w walkach. W tej okolicy ich nie ma. Ale wierz, że Samarytańscy żołnierze jeszcze nie wyginęli. Kiom** ma ich coraz więcej. Tworzą się tajne i nielegalne szkoły, do których uczęszczają przeważnie chłopcy. Jednak dziewczyny też się zdarzają. Przyjmują tam osoby powyżej 15 lat. Szkolą ich na prawdziwych żołnierzy.

- Skąd o tym wszystkim wiesz?

- Kiedyś nakryliśmy kilka takich szkółek. Uwierz, że szesnastolatek, który nie miał przy sobie żadnej broni zabił uzbrojonego dorosłego mężczyznę.

- Co  potem zrobiliście z tą szkołą?

- To, co musieliśmy. Zabiliśmy wszystkich, którzy znajdowali się w budynku. Teraz nocują w nim nasi żołnierze.

Nie mogłam w to wszystko uwierzyć! Ludzie tak naprawdę nie przestają walczyć! Nie poddają się! Wierzą, że uda im się zwyciężyć, że będziemy żyli w wolnym kraju!

Myślałam, że wojna już się nigdy nie skończy. Jednak słowa Daumy dały mi nadzieję. Nadzieję, która już dawno wygasła, a teraz znowu powróciła. Już nic nie będzie mi obojętne. Będę chronić mamę i Sale. Zrobię wszystko, żeby żyło im się lepiej. Nie będę im mówić, że odebrano mi legitymację. Doll załatwi mi nową i pójdę do pracy, nielegalnie. Wieczory będę spędzać z Sale. Musi wiedzieć, że bardzo mi na niej zależy. Musi wiedzieć, że ją kocham.

- Już jesteśmy -  moje rozmyślenia przerwał głos Daumy. Otworzyłam drzwi i postawiłam jedną nogę na chodniku, gdy Neagolijczyk chwycił mnie za rękę.

- Weź to - dał mi do ręki portfel. Otworzyłam go i wyciągnęłam z niego pieniądze. Szybko je przeliczyłam. Duża sumka. Tyle dostawałam w ciągu dwóch w cukierni.

- Nie mogę tego wziąć - zaprzeczyłam i oddałam mu portfel.

- Musisz. Wiem, że chcesz iść nielegalnie do pracy. Każdy tak robi po odebraniu legitymacji. Nie możesz. Jeśli to zrobisz ukarzą cię. A ja chcę zrobić wszystko, by cię chronić.

- Co cię obchodzi, co mi zrobią?

- Nie po to ratowałem ci życie, żeby teraz ci je odebrali. Przysięgam, że zrobię wszystko, byś była bezpieczna.

Wzdychając, wyrwałam mu portfel z ręki i wyszłam z samochodu trzaskając drzwiami. Samochód odjechał, a ja ruszyłam w stronę domu.

To, co przed chwilą zaplanowałam on musiał zniszczyć! Nie mogę pracować mając tyle pieniędzy! Co ja z tym zrobię? Będę to musiała gdzieś schować. Mama nie może się o niczym dowiedzieć. Nikt nie może się dowiedzieć!

- Jak w pracy? - usłyszałam głos mamy dobiegający z kuchni. - Jakoś długo dzisiaj.

Powiesiłam kurtkę na garderobie i weszłam do kuchni. Przy ścianie na przeciw drzwi był zlew, a obok piec, lodówka i kilka szafek. W prawym rogu był stół, przy którym siedziała mama i szyła coś na drutach.

- Musiałam posprzątać. Był straszny ruch i co chwilę wylałam kawę. - skłamałam.

Mama spojrzała na mnie, roześmiała się i wróciła do szycia.

- I nikt nie odebrał ci legitymacji?

Serce zabiło mi szybciej. Skąd wiedziała? Przecież nie miała się dowiedzieć? Kto jej powiedział? Mam nadzieję, że nie Doll? Bo kto by inny? Przecież to cukiernia tylko dla Neagolijczyków!

- Zobaczyłaś ducha? - zapytała śmiejąc się ze mnie. Jednak po chwili spoważniała, odłożyła swoje dzieło na stół i podeszła do mnie- Skarbie, jesteś strasznie blada. Czy coś się stało?

Szybko się otrząsnęłam. Mama nie mogła się dowiedzieć. Inaczej pewnie by się nie śmiała.

- Nie, nic. Jestem tylko bardzo zmęczona. Pójdę spać.

Wybiegłam z kuchni i udałam się do mojego pokoju z naprzeciwka. Położyłam się wygodnie na łóżku i zaczęłam się zastanawiać nad szkołą, o której opowiadał Dauma. Jak to wygląda? Jest duża? Wygląda jak normalna szkoła, czy jest jakoś ukryta? Wydaj mi się, że wygląda jak zwykły budynek. Ilu tam jest uczniów? Ile jest dziewczyn? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Czego tam uczą? Pewnie bicia się, strzelania z pistoletu. Może odwagi. Zabijania. Gdzie jest najbliższa taka szkoła? Oby jak najbliżej. Czy by mnie tam przyjęli?

*Prezydent Neagolu
**Prezydent Samarytanii
__________________________________________________________________________________

Od autorki:
I jak rozdział? Jest chyba dłuższy od poprzednich. Mam nadzieję, że jest lepszy od poprzednich. Poprawiłam to, na co zwracałyście uwagę w poprzednich rozdziałach, czyli żeby było więcej opisów uczuć. No cóż. Trudno je opisać, gdy główny bohater ich po prostu nie ma. Ale podpowiem, że z każdym rozdziałem Pocket będzie się coraz bardziej zmieniała. Czy na lepsze? Zobaczycie :D

czwartek, 11 grudnia 2014

Powstanie: Rozdział 3.

Szliśmy wąskim korytarzem. Ja byłam ostatnia. Nie przejmowałam się tym, że strzelą mi kulką w głowę. Nie bałam się śmierci. Przeszliśmy obok pokoju, w którym oddałam niedawno legitymację. Drzwi były otwarte i akurat z pokoju wychodził Neagolijczyk, który odbierał mi legitymację. Gdy mnie zobaczył był bardzo zaskoczony. Przez kilka sekund stał wryty w ziemię, a później poszedł za nami.
Trzech Neagolijczyków wyprowadziło nas na zewnątrz. Idąc za resztą spojrzałam znowu na zielony dom. Mama. Sale. Co one beze mnie zrobią? Żołnierze wyprowadzili nas na tył budynku. Kazali nam się ustawić pod ścianą, więc tak zrobiliśmy. Ja stałam na lewym końcu. jeśli można to tak nazwać. Wszyscy Samarytanie, poza mną, byli bardzo wystraszeni. Czego się bali? Śmierci, czy bólu? Wiem, że strzał w głowę może boleć, ale halo! to jest głowa. Ból od razu minie, bo się umiera, tak? To nie jest ręka, czy noga, że będzie boleć bardzo długo. Ból będzie przez około sekundę i koniec.
Neagolijczyk, który szedł za mną rozmawiał właśnie z pozostałą trójką. Wyglądało to na kłótnię. Kilka razy wskazał mnie palcem. Pozostali tylko kiwali sprzecznie głowami. Czy ich kłótnia była związana ze mną? Po krótki czasie jeden z żołnierzy odłączył się od kłótni, wyciągnął pistolet i stanął na przeciw osoby z drugiego końca. Wychyliłam się, by zobaczyć, kim była ta osoba. Starsza kobieta, około sześćdziesiątki. Siwe włosy miała spięte w niedbałego koka. Była lekko garbata i wychudzona. Od razu ją rozpoznałam. Green. Moja sąsiadka. Osobą, która stała obok niej był niski i gruby chłopak. Miał ciemne włosy. Jego również rozpoznałam. Dog. Mieszkał niedaleko mnie.
Neagolijczyk, który odebrał mi legitymację podszedł do mnie, złapał za rękę i pociągnął. Musiałam z nim iść. Przeszłam obok wszystkich ludzi, a gdy ich minęłam usłyszałam strzał. Za nim drugi. I trzeci. Odwróciłam głowę i zobaczyłam, jak żołnierz strzela do kolejnej osoby. Strzał. I za nim kolejne. Przeszliśmy na przód budynku, gdzie stał samochód Neagolijczyka. Wsiedliśmy do niego. I dalej słyszeliśmy strzały. Dopiero gdy odjechaliśmy ucichły.
Jechaliśmy przez kilka minut. Minęliśmy mój dom. domy sąsiadów, knajpę, w której jeszcze godzinę temu pracowałam i centrum miasta. Po drodze zobaczyłam wiele osób, między innymi kilku znajomych. Zobaczyłam także wielką ciężarówkę, do której neagolijscy żołnierze popychali Samarytanów. W pewnym momencie Neagolijczyk zatrzymał samochód. Stanął na parkingu do centrum handlowego. Przed nami stał ogromny budynek. Kilka razy większy od tego, w którym się niedawno znajdowałam. Myślałam, że chce mnie tu zostawić, więc odpięłam pasy.
- Dauma – powiedział Neagolijczyk i wyciągnął w moją stronę prawą dłoń.
- Co? – zapytałam.
- Dauma. To moje imię.
- Pocket – powiedziałam i uścisnęłam jego dłoń. – Jakim cudem mówisz po Samarytańsku?
Neagolijczyk słysząc moje pytanie zaśmiał się, a po chwili odpowiedział.
- Urodziłem się w Samarynie. – opowiedział całkiem poważnie, ale ja wiedziałam, że to tylko głupi żart. Mimo to nie zaśmiałam się, ale popatrzałam na niego niedowierzającym wzrokiem. – Mówię poważnie. Urodziłem się w Samarynie.
- Mam kilka pytań – przerwałam mu widząc, że chce coś jeszcze dodać.
- Więc pytaj.

Zastanawiałam się przez chwilę, które pytanie mu zadać na początku. Miałam ich tak dużo.
- Skoro jesteś Samarytaninem, dlaczego jesteś Neagolijskim żołnierzem?
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
- Przez głupotę.
- To znaczy?
Zauważyłam zakłopotanie Daumy. Czyżby nie wiedział, co opowiedzieć?
- Kilka lat temu, tuż przed rozpoczęciem wojny, na wakacje do kumpla przyjechała jego kuzynka. Była bardzo ładna. Drobna brunetka. Trubia. Spędziliśmy ze sobą kilka tygodni. W dniu jej wyjazdu poprosiłem ją o rękę. Zgodziła się. Postanowiliśmy, że przeprowadzę się do Neapolu i tam się pobierzemy. Po niecałym miesiącu od jej wyjazdu mieszkałem już w Neapolu w domu Trubi. Byłem szczęśliwy i myślałem, że ona też. Ale pewnego dnia do domu przyszedł pewien mężczyzna. Mniej więcej w moim wieku. Okazało się, że był to były Trubi i chce do niej wrócić.
- I co potem? – zapytałam, gdy nastała chwila ciszy.
- Od razu wystawiła mnie za próg.
- Nie wróciłeś do Samaryny?
- Chciałem. Bardzo. Ale chciałem jeden dzień przeczekać w motelu, a potem powrócić samochodem do kraju… Tylko że… z samego rana, jak się obudziłem okazało się, że jako obywatel Neapolu muszę wstąpić do wojska. Co najmniej jeden mężczyzna z każdej rodziny. W Neapolu byłem sam. Nie miałem wyjścia. Zabić, albo umrzeć. Taką mamy zasadę.
- Dlaczego nie chciałeś, żeby mnie zastrzelili? – nie chciałam dłużej słuchać historii życia Daumy, więc od razu zadałam następne pytanie.
Dauma popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Nie udawaj głupka. Przecież widziałam, jak przekonywałeś żołnierzy, żeby mnie nie zabili.
- Spodobałaś mi się.
- To znaczy?
- Zauważyłem, że jesteś obojętna na to, co się z tobą stanie. To mi się spodobało.
- Serio? – nie mogłam uwierzyć! Jak komuś mogło się spodobać coś takiego? – Dlaczego ci żołnierze chcieli mnie zastrzelić, skoro moją karą było tylko oddanie legitymacji?
- Nie wiedzieli kim jesteś. Mówiłem ci, żebyś stała w jednym. Gdybyś mnie posłuchała, nawet by cię nie zauważyli.
- Dlaczego ich zastrzelili?
Dauma nie odpowiedział.
- Halo? Możesz mi odpowiedzieć?
- Lepiej będzie, jeśli odwiozę cię do domu. – mężczyzna już odpalił samochód.
- Nie. Chcę znać odpowiedź.
- Nie chcesz. Uwierz.

Ta daa! Po długim czasie wróciłam :) Wiem, że długo mnie nie było, jednak miałam bardzo nauki :( Jak wrażenia po trzecim rozdziale? Mogłam was trochę zanudzić tą rozmową w samochodzie, ale no cóż. Powinnyście znać historię Daumy, bo jest bohaterem, który będzie bardzo często w późniejszych rozdziałach :)

Powstanie: Rozdział 2.

Wyciągnęłam z kieszeni legitymację i podałam Neagolijczykowi. W tym czasie przybiegła Doll. Mężczyzna zapytał się, gdzie jest szefowa. Odpowiedziałam, że dzisiaj przychodzi o 10.30. Neagolijczyk nie był zachwycony, więc powiedział Doll, żeby przekazała szefowej, że już tu nie pracuję. Doll wyglądała na bardzo przestraszoną. Gdy Neagolijczyk złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia jeszcze raz spojrzałam na Doll. Z jej dużych, zielonych oczu wypłynęły łzy. Martwiła się. O mnie?
- Dam sobie radę – powiedziałam cicho.
- Wiem – odpowiedziała – Zawsze dajesz.
Neagolijczyk zaprowadził mnie do czarnego samochodu. Otworzył tyle drzwi i popchnął mnie do środka. Zauważyłam, że na przednim siedzeniu siedział jeszcze jeden facet. Tak samo jak poprzedni, miał na sobie mundur wojskowy.
- Jide ọhụrụ anụ? – zapytał.
- Ya mere, m jide ya site ire ọkụ agha. – odpowiedział ten pierwszy, zamknął tylne drzwi, przeszedł na drugą stronę samochodu i usiadł za kierownicą.
- Mara ezigbo mma.
- Ọ bụ ihe nwute na Samarynka.
- I nwetere ya.
Dwóch panów rozmawiało sobie tak dopóty, dopóki nie dojechaliśmy na miejsce. Podróż trwała może trzy minuty. Mężczyźni wysiedli z samochodu, a ja zaraz za nimi. Zobaczyłam duży, szary budynek. Dodałam bym coś więcej, ale niestety nie mogę. Bo co to było? Tylko duży, szary budynek. No, prostokątny, duży, szary budynek. Szerokość na oko wynosi jakieś 60m, wysokość może 40m. Odwróciłam głowę o 180 stopni i co zobaczyłam? Dom. Piękny zielony dom, z ogródkiem oddalony jakieś 80m od szarego budynku. W oknach wisiały białe firanki. Modliłam się w duchu, żeby tylko za tymi firankami nie stała moja mama. Załamałaby się, gdyby mnie zobaczyła.
- Come on – usłyszałam głos jednego z mężczyzn, więc odwróciłam się i weszłam za nimi do budynku. Od razu poczułam zapach tytoniu. Przez chwilę szliśmy przez wąski korytarz. Nie zobaczyłam dużej części budynku, bo weszliśmy do pierwszych drzwi po prawej stronie. Pomieszczenie było duże, ściany były pomalowane szarą farbą. Z samego tyłu zauważyłam 5 biurek, za którymi siedziały jakieś panie i coś wypisywały. Po za tym, w pokoju nic więcej się nie znajdowało. Może za wyjątkiem trzech okien bez firan.
- Go to the third desk. – powiedział jeden z facetów. Podeszłam do biurka, które mi wskazał, a starsza pani w okularach podała mi karteczkę, na której miałam wypisać moje dane i złożyć podpis. Gdy to zrobiłam podałam kartkę tej pani. Facet, który odebrał mi legitymację podał ją kobiecie, a ona przecięła ją nożyczkami i mi ją podała. Mężczyzna złapał mnie za rękę i wyprowadził na korytarz.
- Poczekaj tu, chwile. Muszę coś załatwić.
 Każdy normalny człowiek zdziwiłby się, że Neagolijczyk mówi po Samarytańsku, ale ja nie. Możliwe, że uczył się Samarytańskiego. Co w tym dziwnego?
Gdy mężczyzna znów wszedł do pokoju, usiadłam sobie na podłodze, oparta o zimną ścianę. Zauważyłam, że na korytarzu jest bardzo dużo drzwi. Zaciekawiło mnie to, gdzie prowadzą. Wstałam i poszłam  w głąb korytarza.
Na każdych drzwiach był numerek. 2, 3, 4, 5… Doszłam do skrzyżowania. Miałam wybór: iść prosto, w prawo, czy w lewo. Wybrałam lewo. I znowu drzwi. 10, 11, 12… Ostatnie drzwi były lekko uchylone. Powolutku zbliżyłam się do nich. Chciałam zajrzeć do środka. Wychyliłam lekko głowę.
- What are you waiting for? Get inside!
Usłyszałam za sobą głos. Nie zdążyłam się odwrócić, by zobaczyć, do kogo należy ten głos, a już zostałam wepchnięta do środka.
Pierwsze, co przykuło moją uwagę byli ludzie. Pełno ludzi. Większość stała w dwuszeregu, natomiast trzech mężczyzn stało przed resztą. Ta trójka miała na sobie Neagolijskie mundury, natomiast reszta nie.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam mężczyznę, który wepchnął mnie do środka. Był bardzo wysoki, łysy i oczywiście miał na sobie mundur.
Mężczyzna powiedział coś do pozostałych Neagolijczyków, a następnie kazał mi ustawić się w szeregu, podobnie jak pozostali. Później kazano nam odliczyć do trzech.
Mnie przypadło jeden. Powiedzieli nam, że dwójki i trójki zostają, a jedynki idą na Neagolijczykami.
- Come on! – powiedział jeden z nich,  a wszystkie jedynki – razem ze mną – ruszyły za nim.
Już wiedziałam, co będzie dalej.
Odstrzeliwanie.
ashley-benson-pretty-little-liars-04
Od autorki: I jak wrażenia po drugim rozdziale? Moim zdaniem trochę Was zanudziłam. Przeczytałam ten rozdział trzy razy, więc nie powinno być błędów.
Starałam się jak najmniej dialogów pisać po angielsku. A ten dziwny język, niby neagolijski, to tak naprawdę igbo. Wszystko przetłumaczyłam na tłumaczu XD
W następnym rozdziale pojawi się więcej bohaterów, m. in. mama Chair, siostra Sale i przyjaciółka Printer. Wiem, dziwne imiona. Natomiast na drugiego z głównych bohaterów musicie trochę poczekać XD

Powstanie: Rozdział 1.

Jak co dzień wyszłam do pracy. Nie miałam daleko. Jakieś 5 minut drogi na piechotę. Minęłam sąsiadów, a także Neagolowskich żołnierzy, którzy zdobyli nowe sztuki. Zdziwiłam się, bo przeważała ilość osób starszych, a przeważnie biorą dzieci i młodzież. Było mi żal tych ludzi. Patrzyli na mnie załzawionymi oczami. Wiedzieli, że albo pójdą na sprzedaż, albo dostaną kulką w głowę. Ale co mogłam zrobić? Gdybym rzuciła się na żołnierzy i pomogła uciec tym ludziom zabiliby mnie. A przecież muszę pracować. Muszę zarabiać. Jestem potrzebna mamie i Sale. Gdyby nie ja, już dawno umarłyby z głodu. Matka nie może pracować. Musi zajmować się domem i Sale. Uczy ją gotować, sprzątać, czytać, pisać…
Weszłam do cukierni.
- Good morning – przywitałam się z Neagolami. Oni nie umieją naszego języka, my nie umiemy neagolskiego, dlatego rozmawiamy po angielsku. Muszę być do nich miła, bo jak któryś się poskarży wywalą mnie z pracy i odbiorą legitymację.
- Pocket – usłyszałam wołanie koleżanki z pracy. Stała za ladą, więc podeszłam do niej – Jeszcze kilka minut i byś się spóźniła.
- Daj spokój, Doll – powiedziałam – Wiesz, że zawsze jestem przed czasem.
- Idź się szybko przebrać.
- Skąd ten pośpiech?
- Dzisiaj kontrola.
- Nic strasznego. – powiedziałam bez entuzjazmu.
- Dla ciebie.
- Denerwujesz się niepotrzebnie.
- Jestem ciekawa co zrobisz, jak cię wywalą.
- Nie wywalą. Mam legitymację.
- I co z tego? Wystarczy, że ktoś się na ciebie poskarży. – Doll była bardzo przejęta. Nie rozumiałam, czy się tak bardzo przejmowała. Co miesiąc mieliśmy kontrolę i do tej pory nikogo nie wyrzucili. Tym razem też tak miało być…
Weszłam na zaplecze i przebrałam się w uniform. Składał się w białej koszuli z krótkim rękawem, żółtej kamizelki, zielonej spódnicy i żółtych pończoch. Założyłam także czarne buty na niewysokim obcasie. Później wróciłam za ladę i obsługiwałam Neagolowców.
Nie podobało mi się to, ale takie jest życie. Nigdy nie mamy wszystkiego, co byśmy chcieli. Mimo że nie lubię Neagolowców, nigdy się na mnie żadem z nich nie poskarżył. Natomiast gdy była kontrola nigdy nie mieli do mnie o nic pretensji. Zawsze podawałam to, co chcieli, nie miałam też problemu z porozumieniem się.
Utrata ojca i przyjaciół spowodowała, że straciłam uczucia. Nikogo nie kocham, na niczym mi nie zależy, nic mnie nie obchodzi. Pracuję tylko dlatego, że matka mi każe. Czasem nawet na Sale mi nie zależy. Tak, uratowałam ją, ale wtedy jeszcze miałam uczucia. Do dzisiaj zginęło za dużo osób, na których mi zależało… Dlatego też nigdy nie przejmowałam się kontrolą. Gdyby odebrano mi legitymację nie przejęłabym się tym. Doll pomogłaby mi wyrobić nową, bo ma znajomych, którzy się tym zajmują. No i oczywiście znalazłabym nową pracę, legalnie, bez żadnych komplikacji.
- Excuse me – usłyszałam głos za sobą, więc odwróciłam się – What kind of ice cream do you recommend?
- My favorite ice cream is raspberry. – Tak naprawdę nie miałam ulubionych lodów. Powiedziałam, że są moimi ulubionymi, bo to była moja pierwsza myśl.
- In that case, I’ll raspberry ice cream … no … please chocolate ice cream.
Wzięłam łyżkę do lodów i już miałam nabierać czekoladowych, gdy Neagolowiec rozmyślił się.
- I do not … I’ll have two scoops of ice cream nut … or a knob nut ice cream and a knob of chocolate ice cream.
- OK.
Nabrałam lody do wafli i podałam mężczyźnie.
- I said nut ice cream and chocolate ice cream? I mean ice cream and stracciatella.
- I said peanut and chocolate ice cream? I mean ice cream and stracciatella.
OK. Uczuć nie mam, ale to mnie zdenerwowało. Jak można być tak niezdecydowanym?
- Decide, finally?! – wybuchłam.
Potem mężczyzna sięgnął po portfel i wyciągnął z niego papierek z napisem „Control”, a potem powiedział:
- Legitimacy.

No i jest pierwszy rozdział :) Jest trochę krótki, wiem. Drugi i trzeci też nie będą dłuższe, a potem zobaczymy :) Nie chcę przedłużać rozdziałów, żebyście się nie zanudzili. :)

Powstanie: Prolog

To było dawno. Wydarzyło się tak nagle, zbyt szybko. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Pamiętam tylko, że zaczęło się to w nocy. Zabrali ojca. Matka powiedziała mi, że źle się poczuł, więc zawieźli go do szpitala. Ale ja w to nie wierzę i nigdy nie wierzyłam. Skoro był w szpitalu, dlaczego ani razu go nie odwiedziliśmy? Od ośmiu lat nie mam z nim kontaktu. Nie pamiętam nawet jak wygląda. A raczej wyglądał, bo pewnie już nie żyje.
Do tej pory pamiętam, jak Neagolowie wtargnęli do naszego kraju. Zabrali wszystkie nasze dokumenty, telefony, komputery. Zostawili nam tylko telewizory, które i tak nie działają, bo odłączyli wszystkie anteny. Każdemu dali nowe imię. Każdy miał własne, niepowtarzalne.
Mnie nazwano Pocket, a moją matkę Chair. Ojcu nie zdążono nadać imienia, za wcześnie go zabrano. Nie pamiętam mojego prawdziwego imienia. Nie pamiętam daty moich urodzin. Nie wiem, ile mam lat. Jednak kilka miesięcy temu dostałam legitymację, więc muszę mieć około 16 lat.
Legitymacja oznacza, że mogę pracować legalnie. Jeżeli ktoś jest za młody, albo Neagolowie odbiorą legitymację, nie można pracować. Mojej sąsiadce, Book, odebrano legitymację, bo nie przyszła do pracy z powodu choroby. Zaczęła pracować nielegalnie, a gdy Neagolowie się o tym dowiedzieli obcięli jej obie ręce, by nie mogła pracować.
Neagolowie nie tylko zabijają ludzi i obcinają im ręce, ale jeszcze ich sprzedają. Trzy lata po rozpoczęciu wojny zobaczyłam na ulicy małą dziewczynkę. Miała wtedy około cztery lata. Miała na szyi zawieszoną karteczkę z napisem „sale”, czyli „na sprzedaż”. Musiała uciec Neagolom, gdy ją sprzedawali. Nie wiem, jak to zrobiła, ale wzięłam ją ze sobą do domu. Nazwałam ją Sale, tak, jak pisało na karteczce. Od tej pory jest moją siostrą. Neagolowie nawet nie wiedzą, że zabrałam ją z ulicy. Nie mogą tego sprawdzić, bo spalili wszystkie dokumenty.
Wojna trwa od ośmiu lat. W tym czasie Neagolowie zabili mojego ojca, ciotkę, kuzynkę, dwójkę przyjaciół i kilku sąsiadów. Nigdy im tego nie wybaczę. Niestety nic nie mogę zrobić. Jestem tylko cichą wodą. Nikomu nie przeszkadzam, nikomu nie robię krzywdy. Jednak wiem, że nie jestem sama. Wiem, że w moim kraju są miliony ludzi takich, jak ja. Na razie zbieramy siły, ale kiedy będzie trzeba staniemy do walki, by pomścić tych, których nam zabrano.

Od autorki:
Hej :) Jak wrażenia po prologu? Zaciekawił chociaż trochę? Liczę na Wasze szczere komentarze.